9.03.25 czuję się źle i robię to dobrze
czuję się źle i robię to dobrze
nadal głupio mi gdy mówię że się boję
ta chmura nade mną waży chyba tonę
tak często chciałbym wziąć od siebie wolne
https://youtu.be/i4PEUv8tckA
coraz częściej marzy mi się lobotomia. pozbyć się tej inteligencji, wrażliwości, overthinkingu. te cechy oczywiście są przydatne, ale bywają także obciążeniem. wysoka świadomość spierdolenia świata, tendencja to overthinking, lęku.
mam wrażenie, że znajomym wokół się powodzi, tylko u mnie ciężki, lękowo-depresyjny okres etc. nałożyły się wiosna (statystycznie trudny okres po zimie), obciążające zmiany w pracy, wojna w powietrzu.
jeden znajomy, z którym byłem w regularnym kontakcie, gdy znalazł nowego bolca i pracę na przestrzeni dosłownie jednego tygodnia poszedł w total no contact, po prostu mnie zghostował. rozumiem efekt zauroczenia i popadnięcia w nową relację, jednak zanim mnie nie zghostował, gdy zanim typa nie poznał, byliśmy w regularnym kontakcie. widać przestałem być mu potrzebny do wspólnego psioczenia na brutalność rynku randkowego etc.
do innego znajomego, którego przeczołgało życie i patorodzina (głównie ojciec), ni z dvpy odezwała się jego siostra, że matka się rozwodzi z toksycznym ojcem, że chcą go przyjąć z powrotem na łono rodziny (wywalony z domu za bycie homo), chcą pomóc finansowo (przelewy już zrobione). no brazylijska telenowela i wydarzenie jedno na miliard. ponownie przestałem być przyjacielem niedoli, gdy jemu się poprawiło.
mam rodzinę, ale tylko na papierze, nie utrzymujemy kontaktu od 25 lat. także chciałbym, by tamci łaskawie doznali jakiegoś olśnienia, odezwali się. nie ma szans na to.
mam rodzinę, ale tylko na papierze, nie utrzymujemy kontaktu od 25 lat. także chciałbym, by tamci łaskawie doznali jakiegoś olśnienia, odezwali się. nie ma szans na to.
ja wiem, że comparison is a thief of joy, tylko inaczej się odbiera tę zasadę w kontekście nieprzykładania lukrowanego życia totalnie obcych ludzi z instagramowego żurnala do własnego życia, a zupełnie inaczej, gdy pozytywne zmiany są w moim bezpośrednim otoczeniu. nie ukrywam, że trochę czuję zawiść. a na tego psiapsi, co zghostował po prostu złość i żal. ghosting na apce randkowej - norma, jednak taki nagły ghosting po dłuższej znajomości z kimś, kogo uważałem za bliską osobę, odczuwa się inaczej.
ponadto tak ogólnie, nawet jeśli znajomi i znajome są z tego samego miasta, porozmawiać z nimi, a co dopiero spotkać twarzą w twarz... łatwiej uzyskać audiencję w Watykanie w obecnych czasach. mogę pisać i pisać, rzadko dostanę odpowiedź. do mnie rzadko kiedy ktoś spontanicznie napisze (memy i linki się nie liczą), mam wrażenie, że to zawsze ja dbam o utrzymanie kontaktu. co to za dziwne czasy, że już się spontanicznie nie dzwoni, uznaje się to za niepożądane zachowanie. że wpierw trzeba się umówić na czacie na rozmowę przez telefon.
zawsze jestem dla kogoś, służę wsparciem, zagaduję, pytam co u nich. mnie nikt nie wsprze, spontanicznie sam z siebie nie spyta jak się czuję, co mi siedzi w głowie. a siedzi wiele.
ktoś mi odpowiedział, że jeśli potrzebujesz wsparcia, to powiedz to głośno. tak i nie. po pierwsze mam (być może oldschoolowe) podejście, że wypada od czasu do czasu zadać takie kurtuazyjne pytanie. to oznaka zaangażowania w relację. po drugie, z mojej strony trzeba umiejętnie balansować pozytywnym przekazem i sygnalizowaniem, że czuję się źle. niestety przekonałem się na własnej skórze, że nadmiar mówienia o problemach skutkuje tym, że ludzie się odwracają. po trzecie zaś, wiem z własnego otoczenia, że głośno poprosić o pomoc nie jest tak łatwo jak się wydaje. często problemem jest wstyd, albo skromność, przekonanie, by nie mówić o swoich problemach głośno.
zaś terapeuta mi powiedział, że choćbym miał nieskończony zasób wsparcia od otoczenia, nadal czułbym braki. sam siebie mam wesprzeć, sam mam się utuluć, ukochać, uważnić. kłania się teoria wanny(*). tylko kurwa jak mam sam siebie wspierać, gdy jest we mnie tyle wątpliwości, poczucia, że dla samego siebie nie warto walczyć.
dygresja: teoria wanny.
woda - walidacja zewnętrzna, uwaga uzyskana z otoczenia, uznanie, interakcje z otoczeniem.
korek - walidacja wewnętrzna, czyli zgoda z samym sobą, samoakceptacja, uważnienie siebie.
dopóki wanna nie będzie zatkanana pasującym korkiem, czyli własnym poczuciem wartości, póty można do niej nalewać litry wody walidacji zewnętrznej, i tak woda spłynie.
podsumowując:
jakoś dwa tygodnie temu powiedziałem znajomem, że wpierw trzeba poszorować dupą po dnie, aby się od niego odbić. terapia, życie, pory roku są jak poniższy wykres - na szczęście ogólnie tendencja wzrostowa, jednak bywają sezonowe spadki. już myślałem, że przeżyłem zimę, gdy ni z dvpy dojebała wiosna, marzec i wyniszczające osłabienie, opadnięcie z sił. podlej to jeszcze sosem nerwów związanych z pracą i niepewną sytuacją geopolityczną. omawiałem już casus wiosennego opadania z sił na terapii. organizm się spina, by przetrwać zimę. gdy dzień się wydłuża i się ociepla, następuje rozprężenie, można się już nie spinać. i paradoksalnie, gdy wokół wybuchają pąki, człowiek opada z sił aż do maja-czerwca. prawda, którą już znał i opisał T.S. Eliot.
jestem na etapie, gdy chęć aby czuć się dobrze walczy z wewnętrznym krytykiem, lękiem, nawet z myślami S. jak ratel z kobrą na zdjęciu.
jestem świadom, że to taki okres, pora roku, że to minie. na ten moment samo przetrwanie i funkcjonowanie zużywa prawie wszystkie moje zasoby. obawiam się (a może wyczekuję), że któregoś dnia, w tym roku lub w którymś sezonie, nie starczy zasobów i kobra myśli S będzie górą.
p.s.
piszę takie ponure rzeczy, wręcz o S. to element samoleczenia, łatwiej pojęczeć do klawiatury, wywalić emocje z siebie, nadać im formę tekstu, niż kisić w sobie. łatwiej także ponarzekać, niż pisać o czymś pozytywnym. w końcu historycznie najpłodniejszymi twórcami byli ci cierpiący (sic!).
napisałem ten post i... poczułem ulgę, a także nadzieję.


Komentarze
Prześlij komentarz