21.01.25 płyńce łzy moje rzekł policjant

od odcięcia się od matki do zero contact minął ponad tydzień. istnieję sam dla siebie (i kota). kiedyś taka myśl, jak np. urlop, długi weekend, napawałaby mnie przerażeniem. obecnie pierwszy odruch też jest lękowy, ale czuję, że narasta we mnie radość z wolności. przed nikim nie muszę się spowiadać, od nikogo nie muszę uzyskiwać zgody, żyję dla siebie. jestem wolny.

moja terapia skupia się na tym, co co tu i teraz oraz tym, co ma być. takie są założenia terapii ericksonowskiej, ok, nie wnikam. jedyna wątpliwość to taka, że stereotypowo, czy w ogólnej świadomości, od terapii oczekuje się jakiegoś przepracowania traum z przeszłości, z dzieciństwa, ukojenia owego wewnętrznego dziecka. na mojej tak się nie dzieje.

zdroworozsądkowo zdawałoby się, że budowanie nowego zdrowego siebie na niezagojonych ranach, niepogodzonych traumach jest błędnym podejściem - tak uważam. Andrzej, to jebnie. to szambo wybije. kilkukrotnie na terapii poruszałem powyższą wątpliwość i potrzebę j.w. - przepracować traumy. usłyszałem buddyjsko prostą odpowiedź:

opłacz swoją przeszłość.

jak? od lat mam blokadę na płacz, emocje zabutelkowane, o tym później.
zawsze na terapii były inne wątki, czy bieżące tematy do omówienia, jednak moja wątpliwość powracała.
dodatkowo także usłyszałem:

daj sobie z dzieciństwa, to czego wtedy nie doświadczyłeś.
uważnij siebie z dzieciństwa.

uważnij - to wyrażenie często się przewija. poświęć czemuś uwagę, nie ignoruj, nie spychaj, nie butelkuj. potraktuj, jak równego partnera rozmowy (dialogu wewnętrznego).

długo tego nie rozumiałem, bo nawet nie potrafiłem zdefiniować, czego mi emocjonalnie w dzieciństwie brakowało. duża biała plama w pamięci. pamiętam tylko silne poczucie wyalienowania, niedopasowania w szkole, na przerwach. co robiłem w domu, jak spędzałem czas po lekcjach - nie mam pojęcia. duża biała plama w pamięci.

fast forward do grudnia 2024-stycznia 2025 i do pierwszego akapitu tego posta. jestem dorosły, prawie już 4 lata na terapii, czuję się wolny. jednak czuję ciężar i ból istnienia. czuję, że narasta we mnie jakaś negatywna energia, która potrzebuje katharsis, potrzebuje perygeum, aby potem było lepiej. uwolnienia. zmywając, czy składając ubrania (to też element uważniania siebie, o czym pewnie w kolejnym poście), czy ogólnie od dłuższego czasu czułem ten ciężar codziennego życia. wcale nie chodzi mi o upierdliwość prasowania, dzięki mindfulness (uważność, ach znów ten zwrot) daily chores mogą być relaksujące, można pokminić w introwersji, ale chodzi mi o utulenie przeszłości właśnie.

ta narastająca negatywna energia, która czeka na perygeum (albo apogeum, chuj słownikowy wie), to właśnie to, co ma być opłakane, utulone - właśnie to, co było mi radzone na terapii. siedzi we mnie baby-me w wersji z podstawówki, z gimnazjum, z liceum. było mu wtedy źle, samotnie, był zagubiony i nikt nie dawał mu żadnego drogowskazu. snuł się tak aż do 30-któregoś roku życia. własnie to poczucie mam opłakać, uważnić, nie butelkować, utulić.


z dzieciństwa naprawdę mało pamiętam, żadnych ludzi, twarzy, słów, emocji, tylko pojedyncze i niezasiedlone kadry wnętrz. domyślam się tyle, że matka musiała być emocjonalnie ekspansywna. pamiętam, gdy z jakiegoś powodu ją rozzłościłem mówiła w powietrze. ni to do mnie, ni w powietrze. obok. obrzydliwe uczucie, do teraz się obawiam ludzi, którzy na głos mówią potokiem myślowym. z tego jej rozzłoszczenia pamiętam jedno słowo: szkudny. byłem potulnym dzieckiem, w swoim pokoju słuchałem słów zza drzwi mówionych w powietrze.
fast forward do liceum, wiadomo jaki to wiek, chcę zrywać się ze smyczy, mieć swoje zdanie, swoje życie, początki niezależności. matka ciągnie za pępowinę, nie przecina jej. oczywiście są kłótnie, są naciski bym się uczył, nie wagarował. oczekiwania deklaracji, kiedy się będziesz uczył, kiedy przestaniesz uciekać z lekcji. żadna odpowiedź nie jest właściwa, spotykam się tylko z dalszym ględzeniem, naciskami. nie mogę zamknąć się w moim pokoju, bo za mną pójdzie, nie szanuje zamkniętych drzwi, nie uznaje granicy progu - dopóki nie uzyska oczekiwanej odpowiedzi. każda reakcja i odpowiedź będzie wtedy niewłaściwa. butelkuję emocje, zamykam się w sobie, ględzi wokół mnie, tępo patrzę przed siebie.

podejrzewam, że powyższe dwa wspomnienia doprowadziły do mechanizmu odcięcia od emocji (dysocjacja) innych, niż gniew i tych depresyjnych. stąd blokada na płacz, po którym podobno jest łatwiej, czuje się ulgę, myśli się klarują. serio, jeśli nie liczyć śmierci kotów, nie płakałem całe dorosłe życie. emocje zabutelkowane przez dorastanie z ekspansywną emocjonalnie matką, przez takie a nie inne społeczne programowanie mężczyzn.

mam już obiekt do utulenia, uważnienia
jest metoda
jest zrozumienie
jest też kłopot z wdrożeniem

obmyśliłem ten post składając pościel. pisząc go, przy akapicie o baby-me, jego chronicznym poczuciu zagubienia i wyobcowania popłynęło kilka łez, usta się skrzywiły. to wszystko, kilka łez i blokady znów wjechały.

myślałem o rozpłakaniu się indukowanym alkoholem. o resecie alkoholowym. jednak wolę nie, szkoda mi dnia następnego. szukam sposobu.

Komentarze