wymarłe zapachy, 18.05.25

Sauna w podziemiu jednego budynku w okolicy Mennicy. Nie bywam, ale czasem na poziomie ulicy czuję ją po wyziewach z piwnicy, zapach pary i magla. O dziwo lubieżnością, spermą i poppersem nie śmierdzi.

Tak proustowsko mi się skojarzyło. Witkowski pisze o wymarłych, zapomnianych woniach. Zapach zardzewiałej wody w kranie na stacji PKP, zapach elektryczności w starym analogowym urządzeniu, zapach pyłu węglowego w mroźny dzień.

A mój wymarły zapach - zapach magla. Jako bobo chodziłem z mamą lub babcią na Ogrodową oddać do magla prześcieradła, poszewki i zasłony załadowane na mój dzięcy wózek. Jako kilkulatek już chodziłem i się doń nie mieściłem, ale wózek nadal był w użyciu. Pakowało się nań napełnione w "źródełku" kanistry z "wodą oligoceńską", albo wykrochmaloną pościel do maglowania. Inna wymarła czynność - gotowanie krochmalu, potem "łamanie" sztywnej pościeli.

Wczesne lata 90, jeszcze biedna Polska, mnóstwo "zakładów pracy" zatrzymanych w czasie, jak stopklatka z głębokiego PRL. W półpiwnicy (podłoga 1 metr pod ziemią, strop ponad poziomem ulicy) w takim zatrzymanym w czasie, mrocznym, ledwo doświetlonym pojedynczą gołą żarówką pomieszczeniu na Ogrodowej urzędowała pani i jej maszyna. Obie opasłe i sterane. Pani z płukanką na rudo i z siwymi odrostami, w kwiecistej plastikowej podomce, szeroka i horyzontalna, ze srebrnym zębem. Mimo zapracowania zawsze uśmiechnięta i dobroduszna. Maszyna - wielki elektryczny walec, gorący, obleczony filcem lub flanelą, emitujący ciepło i pachnącą parę.

Komentarze