10.11.24 stop dyktaturze skowronków

w pizdopadzie, mimo że to jest wbrew mojemu biorytmowi, spróbuję spać wcześniej i wstawać wcześniej. ponieważ w weekend, gdy nic mnie nie goni, budzę się o 12-13 i kurwica mnie bierze, że lada moment zdzień się kończy, a w grudniu będzie jeszcze krótszy.

natomiast w dni robocze będąc sową, lub wilkiem w nomenklaturze Breusa (książka "Potęga kiedy"), praca 9-17 to koszmar. nie łudzę się, że uda mi się zacząć pracować o 9, bo między 9-10 dopiero się budzę i otwieram oczy. zaspany robię siku, nastawiam kawę, loguję się na korpochat by udawać, że jestem dostępny. z gorącą kawą wracam do łóżka na minimum godzinę-dwie, sprawdzam powiadomienia, trochę scrollowania. w skrócie: rozruch. po obudzeniu i po kawie dosłownie czuję, jak mój mózg powoli zaczyna się rozkręcać, systemy bootują, tryby się rozpędzają.

dla sowy kawa rano to za mało. umysłowa korpopraca w godz. 9-17 to wewnętrzna walka o zasoby, siłę i motywację. czuję się rozdarty, czuję wewnętrzną panikę i poczucie winy z powodu dychotomii:
praca w zgodzie ze swoim biorytmem vs. poczucie obowiązku pracy w godz. 9-17 wynikające zarówno z wychowania, programowania społecznego i naszej kultury pracy. np. przez całe moje życie matka nie była w stanie pojąć (gorzej: nie chciała tego pojąć i krytykowała za to, wywoływała poczucie winy etc.), że dla mnie wstać przed 10 np. na zakupy na bazarze (bo po 11 już wszystko wyprzedane), do urzędu, na poranne pobranie krwi, lub iść o 6 do kolejki przychodni NFZ zapisać ją albo siebie, bo co to za syn, co się dla matki nie poświęci ją zapisać do medyka o brzasku. zaś były szef w pracy: późne zaczynanie pracy to wg niego brak szacunku. nieważne dla niego, że robota jest wykonana, nieważne dla niego, że robiłem więcej niż muszę. ważne, by robić pod dyktando reżimu 9-17. sam był skowronkiem zaczynającym dzień o 5.

w rzeczywistości do pracy umysłowej jestem zdolny po 13-14. w okresie 9-14 najchętniej robiłbym niewiele, przysłowiowe leżę w łóżku i sączę kawę. jednocześnie o tej porze jest we mnie poczucie winy wynikające z wyżej opisanego społecznego programowania. za dnia masz być efektywny, produktywny. ten, kto chilluje za dnia jest leniem, obibokiem, jest niewystarczający.

w pracy kolejnym aspektem będacym zaszłością pruskiej kindersztuby jest przekonanie managementu, że jeśli ktoś siedzi przed kompem i rusza myszką, to jest produktywny. w rzeczywistości i w obecnych czasach materiały pracowe mogę przeczytać, obejrzeć, wysłuchać niekoniecznie na służbowym laptopie (tablet, telefon, papierowy druk) i przede wszystkim niekoniecznie będąc przykutym na okres 9-17 do biurka. mogę być produktywny w fotelu, łóżku, poza home office w kawiarni, a nawet na trawniku w parku.

jak temu zaradzić... w teorii pracując w domu na hybrydzie można: mouse jiggler, by utrzymać komputer aktywnym i stwarzać pozory, gdy mój umysł się rozkręca. natomiast na psychologiczne poczucie winy wynikające z późnego chronotypu nie mam pomysłu. chyba pracując w korpo na UoP pozostaje pogodzić się z wyżej opisaną dychotomią. jedyna alternatywa, jaka przychodzi mi do głowy, to praca dla innej strefy czasowej, np. USA lub freelancing.

Komentarze